„Żony Warszawy” – rozdział, który dał mi odwagę mówić głośniej o tym, w co wierzę
- 17 gru 2025
- 3 minut(y) czytania
Udział w programie „The Real Housewives. Żony Warszawy” był dla mnie ważnym etapem – takim, który zaskoczył mnie samą. Nagle okazało się, że moje codzienne życie: praca, dom, rodzina, Mazury, emocje i zwykłe sprawy, stają się częścią większej opowieści. I że mogę pokazać się ludziom w wielu rolach naraz – jako kobieta biznesu, mama, przyjaciółka i gospodyni Mazurskiego Raju.
„Dlatego, że warto” – czyli po co mi było to doświadczenie?
Kiedy ktoś pyta, dlaczego zdecydowałam się wejść w świat telewizji, odpowiadam prosto: bo warto. W programie poznałam wspaniałych ludzi – nie tylko dziewczyny, ale całe otoczenie i ekipę, z którą pracuje się naprawdę dobrze. To właśnie oni sprawili, że zamiast stresu i obaw, poczułam… przyjemność.
Dla mnie to było coś więcej niż kamery. To był czas, w którym złapałam dystans do wielu rzeczy, a jednocześnie poczułam się „odświętnie” – trochę jak w bajce. W jednym z wywiadów powiedziałam, że dzięki temu doświadczeniu poczułam się jak „mini księżniczka” – i to jest dokładnie ten rodzaj emocji: radość, lekkość, i takie ciche „wow, życie potrafi zaskakiwać”.
Różne role, jedna ja
Cenię normalność bardziej niż pozory. I właśnie dlatego zależało mi, żeby program nie przykleił mi jednej etykietki. Bo ja naprawdę jestem z kilku światów naraz.
Z jednej strony – Mazurski Raj, rodzinna praca i odpowiedzialność, która nie kończy się o 17:00. Z drugiej – kobiecy świat wydarzeń, spotkań, rozmów i emocji. I jeszcze obok tego wszystkiego – dom, dzieci, relacje, przyjaźnie. Program pozwolił mi pokazać te warstwy jednocześnie: że można być elegancką i czułą, stanowczą i serdeczną, że można prowadzić biznes i wciąż mieć miękkie serce do ludzi.
Najważniejsze wartości? Szczerość
Jest jedna rzecz, której trzymam się zawsze – szczerość. W rozmowach o programie (i w ogóle o życiu) wracam do tego jak do kompasu. Nie lubię udawania, gierek, kombinowania. Wolę prostą rozmowę, jasne zasady i prawdę, nawet jeśli czasem jest trudniejsza.
I chyba właśnie dlatego ten telewizyjny rozdział miał sens – bo dał mi przestrzeń, żeby mówić głośniej o tym, co dla mnie ważne. Żeby przypominać (sobie też), że w życiu naprawdę liczą się relacje, dobro i ludzie, z którymi jesteśmy po tej samej stronie.
Kulisy, których nie widać od razu
Dla wielu osób program to emocje i szybkie sceny. Ja patrzę na to szerzej – jak na doświadczenie, w którym ogromną rolę odgrywają ludzie z planu, atmosfera pracy i relacje, które budują się po drodze. Właśnie o tym – o miłości do Mazur, o swoim życiu i o relacjach z innymi uczestniczkami – opowiadałam też w rozmowie dla formatu „Żony Warszawy. Historie Prawdziwsze”.
To był dla mnie ważny moment, bo można było zejść głębiej: poza skrót, poza fragmenty, poza „telewizyjne tempo”. I powiedzieć więcej – po swojemu.
Co mi to dało?
Przede wszystkim: odwagę i lekkość. Przypomnienie, że czasem warto wejść w coś nowego, nawet jeśli nie masz pewności, jak to się skończy. I że można przeżyć coś „na świeczniku”, a jednocześnie pozostać sobą.
Chcę, żeby ta część mojej historii była odczarowaniem jednego mitu: że jeśli jesteś kobietą biznesu, to musisz być zawsze twarda i „poważna”. Nie. Można się śmiać, wzruszać, mieć dystans, bawić się modą i życiem – i wciąż być konkretna, poukładana i odpowiedzialna.
Jeśli chcesz zajrzeć bliżej do mojego świata – tego telewizyjnego i tego zupełnie codziennego – najwięcej dzieje się w moich social mediach. Tam najłatwiej zobaczyć, co jest u mnie prawdziwe „tu i teraz”.
.jpeg)

Komentarze